
O życiu bez dramatu, bez nadmiaru i bez presji bycia kimś więcej niż sobą
Share
O życiu bez dramatu, bez nadmiaru i bez presji bycia kimś więcej niż sobą
Zdarza się, że żyjemy od wielkiego wydarzenia do wielkiego wydarzenia.
Od wyjazdu do wyjazdu. Od projektu do projektu. Od sukcesu do kolejnego celu, który będzie można „odhaczyć”.
Świat wokół nas to uwielbia – tempo, splendor, komunikaty w stylu „co dalej?”.
Trudno w tym wszystkim dostrzec życie, które dzieje się po cichu.
W międzyczasie.
A przecież to właśnie „międzyczas” jest najbliżej prawdy.
Nie moment nagrody, ale droga do niej.
Nie świetnie zaprojektowane wnętrze, ale zapach herbaty w kuchni.
Nie nowy kierunek w karierze, ale poranek, w którym zdążysz się przytulić do dziecka.
Nie finałowa prezentacja, ale to, że ktoś z zespołu powiedział: „czuję się tu dobrze”.
Art of Simple Life zaczyna się w tym, co niedopowiedziane.
W relacjach bez napięcia.
W rozmowach bez celu.
W decyzjach, które nie potrzebują uzasadnienia – bo są zgodne z Tobą.
Proste życie nie jest ucieczką.
Jest wyborem.
Wyborem życia bez dramatu – czyli takiego, w którym emocje się przeżywa, ale się ich nie dramatyzuje.
W którym uczymy się rozpoznawać, co jest nasze, a co cudze.
W którym potrafimy przeżyć frustrację – bez histerii.
Smutek – bez nadmiaru opowieści.
Radość – bez ekspozycji.
To życie, które opiera się na wewnętrznej ciszy.
Na spokoju, który nie potrzebuje uznania.
Na relacjach, które nie potrzebują dekoracji.
Na bliskości, która nie wymaga uzasadnienia.
I tak, ten wybór często wiąże się też z odrzuceniem nadmiaru – zwłaszcza rzeczy.
Bo rzeczy nas przygniatają.
Dbanie o nie, pakowanie, noszenie, czyszczenie.
Zakupy na poprawę nastroju. Mini-rytuały, które mają nas „ukoić” i tylko tworzą bałagan – w szafie, łazience i głowie.
Ilość rzeczy, które mamy, potrafi być ciężarem większym niż niejedna emocja.
Sama czuję to bardzo mocno – ten opór, żeby mieć coś „na raz”.
Rzeczy, które szybko przestają być potrzebne, a długo nie chcą odejść.
Rzeczy, których nie potrafimy się pozbyć.
Rzeczy, które zabierają przestrzeń, energię, lekkość.
To samo dzieje się z kosmetykami, suplementami, przedmiotami pozornej troski o siebie.
Zamiast dbać – kolekcjonujemy.
Zamiast czuć – analizujemy.
Zamiast wybrać jedną rzecz – kupujemy dziesięć.
Bo może zadziała. Bo „wszyscy mają”. Bo „a jeśli tego właśnie mi brakuje”?
A potem jedziemy na tydzień wakacji z torbą, w której mamy wszystko – tylko nie miejsce na odpoczynek.
Dlatego proste życie to nie tylko brak nadmiaru.
To dyscyplina.
To wybór.
To umiejętność postawienia granicy – nie światu, tylko sobie.
To umiejętność niepoddania się obietnicy – produktu, rytuału, dopasowania.
To nie jest tylko minimalizm.To wewnętrzny kompas, który mówi:
„Wiem, co mnie wspiera. I wiem, co tylko wygląda jak wsparcie.”
Nie jestem idealna.
Sama czasem się gubię w tej iluzji, że coś trzeba mieć, coś warto spróbować, coś wypada.
Ale coraz częściej czuję, że największym luksusem nie jest posiadanie.
Tylko umiejętność odpuszczenia.
The Art of Simple Life to sztuka rezygnacji z tego, co zbędne – na rzecz tego, co prawdziwe.